Nie wiem, nie wiem nic. Ugrzęzłem na kuriozalnym pustkowiu. Z jednej strony chcę być sam, nie angażując się; pozostać w cieniu, z drugiej jednak boli mnie, kiedy nikt mnie nie zauważa, chcę być z ludźmi, jednocześnie cholernie ich nienawidząc. Żadna grupa nie ma mi nic do zaoferowania, nie chcę przyjąć ich poglądów i zwyczajów, a bez tego nie mogę do nich dołączyć. W inteligentnym towarzystwie czuję się jak idiota, będąc otoczonym przez idiotów chciałbym im wywrzeszczeć w twarz jak bardzo jestem inteligentny. Nienawidzę każdego, którego rozbawi żart powiedziany publicznie, jednocześnie boję się, że to mogę być ja. Znajduję się na kompletnych manowcach, każda droga wydaje się być jednakowo chujowa, jak inne, ale chcę iść dalej, znaleźć miejsce, które mógłbym nazwać domem, znaleźć ludzi, których będę mógł nazwać przyjaciółmi, nie chcąc zabijać ich we śnie. Chcę być częścią czegoś, jakiejś idei, mieć z kimś wspólny mianownik, zarazem muszę pozostać sobą, inaczej zwariuję. Gdzieś nieopodal ktoś musiał zdetonować bombę – bombę paradoksów i wątpliwości.
Czuję się jak chodząca entropia, równocześnie próbując zachować racjonalność i zdrowy rozsądek. A może to zdroworozsądkowe myślenia mnie wypala. Wieczne kwestionowanie wszystkiego – od potrzeby posiadania smartfona po ważniejsze rzeczy.